Zdjęcie: Po lewej zdjęcie prywatnych zbiorów autora. Po prawej Kajko i Kokosz / Netflix.

Autor: Paweł Mączewski

Było ich dwóch — ten niski i szczupły z mieczykiem w dłoni oraz ten wyższy z pełnym brzuchem i ciężką pięścią. Ich życie wypełniały liczne przygody, które często sprowadzały się do obrony swojego rodzinnego grodu przed zastępami próbujących go zdobyć przeciwników. Mowa oczywiście o naszych rodzimych wojach — Kajko i Kokoszu i ich niekończących się potyczkach z bandą podstępnych Zbójcerzy (a co wy myśleliście, że mam na myśli jakichś Galów? Ha!). 

Kajko i Kokosz debiutowali w 1972 roku w ukazującym się w Gdańsku „Wieczorze Wybrzeża” — wtedy byli jeszcze gazetowym komiksem, a więc każdy odcinek zawierał jedynie cztery kadry, które z kolejnymi wydaniami gazety, tworzyły spójną całość. Nie wszyscy wiedzą jednak, że Kajko i Kokosz byli „średniowieczną” wersją współczesnych przygód innych poszukiwaczy przygód, marynarzy o imionach Kajtek i Koko. Można więc uznać, że dawni wojowie z Mirmiłowa  (nazwa rodzinnego grodu bohaterów) to… przodkowie tych marynarzy. Pomysłodawcą i twórcą całości był mistrz kreski i opowiadania historii Janusz Christa — jeden z najważniejszych polskich artystów komiksowych w historii. 

Słuchając wspomnień Pauliny Christy, jego wnuczki orz prezeski fundacji Kreska im. Janusza Christy, można się zastanowić, jak by to było, gdyby jej dziadek zdecydował się osadzić swoją historię na Dzikim Zachodzie, który podobno uwielbiał — w domu słuchał muzyki country, przebierał się za kowboja, a na ulicach dla żartu zdarzało mu się wydawać indiańskie okrzyki. Był wszakże człowiekiem o wielkim poczuciu humoru. Oczywiście z dużym prawdopodobieństwem ówczesna władza — „nieprzepadająca” za Zachodem — nie byłaby zachwycona takim pomysłem. Średniowiecze było znacznie bezpieczniejszym tropem, wykorzystywanym także przez innych twórców komiksowych — w latach 70. wydawano chociażby „Legendy polskie”, przedstawiające różne interpretacje historii początków naszego narodu. 

W czym więc tkwi fenomen serii „Kajko i Kokosz” przekładający się na jej długowieczność (w przyszłym roku minie pół wieku od premiery pierwszej historii)? Odpowiadam: całość prezentuje uniwersalne, ponadczasowe wartości i przesłania, a w dodatku operuje sporą dawką humoru, która trafia do najmłodszych odbiorców, jak i tych starszych czytelników (potwierdzone info). 

To historia o przyjaźni dwójki wojów (oraz ich milusińskiego smoka), wzajemnie wyciągających się z tarapatów (z tym, że to zazwyczaj Kajko ratuje roztargnionego Kokosza), zawsze walczących po stronie dobra, dbających i szanujących przyrodę. Żyją sobie szczęśliwie w Mirmiłowie — zarządzanego przez strachliwego i mającego skłonności do wpadania w czarną rozpacz kasztelana Mirmiła i jego żony Lubawy. Nad grodem stale wisi groźba ataku ze strony bezlitosnego Hegemona, jego zastępcy Kaprala i mało rozgarniętych Zbójcerzy. To najwięksi wrogowie naszych bohaterów — grupa stale knujących, znających jedynie argument siły zmilitaryzowanych obwiesiów, którzy potrafią tylko uprzykrzać życie innym (samym sobie też!). Jest jeszcze dobroduszny zbój Łamignat, jego żona Ciotka Jagna i wiele innych postaci, których mogliśmy poznać na łamach pięknie narysowanych komiksów Janusza Christy. 

Od 2016 roku powstają nowe przygody „Kajko i Kokosza”, gdzie głównym rysownikiem został Sławomir Kiełbus, który kontynuuje wspaniałą pracę Janusza Christy, który zmarł w 2008 roku. 

Teraz Kajko i Kokosz powracają za sprawą serialu animowanego na Netflix! 

Jak tylko w sieci pojawiły się pierwsze informacje o tym, że Netflix pokaże przygody dwóch wojów, nie brakowało internetowych śmieszków w sekcjach komentarzy, szydzących, że jeden z nich pewnie będzie przedstawicielem społeczności LGBT, a drugiemu zmieni się kolor skóry, by dumnie reprezentował jakąś inną rasę, niż kaukaska — „bo to przecież (poprawny politycznie) Netflix”. Śmiechu co niemiara, ale warto w tym miejscu przypomnieć, że Kajko i Kokosz to historia dwóch mieszkających ze sobą facetów, singli, którzy wspólnie wychowują małego smoka. Jeżeli to nie jest „netflixowe”, to nie wiem, co jest. 

Jaki jednak jest sam serial? No więc jest bardzo spoko! To pierwsza UDANA próba przeniesienia historii tych bohaterów na ekran (bo lata wcześniej były już inne, ale nie będziemy tu o nich rozmawiać, by nie psuć sobie humoru). 

Dołożono wszelkich starań, by projekt zadowolił starszych fanów, jak i nowych odbiorców. Podobno przy każdym odcinku pracowało aż po 170 osób. Nagrywano prawdziwe dźwięki przyrody w lesie, by oddać klimat dawnej kniei. Prezentowane historie czerpią pełnymi garściami z komiksowych pierwowzorów, ale dodają też coś od siebie, reinterpretują je na nowo, więc nie ma nudy, nawet jak się zna komiksy. Jest to też świetna odtrutka na wszechobecną animację 3D. 

Na stołkach reżyserskich zasiedli m.in. Michał Śledziński (fani komiksów mogą kojarzyć go z kultowej polskiej serii „Produkt”) i Tomasz Leśniak (a tu fani komiksów mogą kojarzyć go z kultowej polskiej serii „Jeż Jerzy”). Osobą, która dała życie temu projektowi i popchnęła go dalej jest Ewelina Gordziejuk ze studia EGoFILM, które wyprodukowało serial we współpracy z Netflixem. Poniżej znajdziecie więcej wypowiedzi osób zaangażowanych w projekt.

Jak dowiadujemy się od twórców, zatrudniono też ekspertów, którzy będą pracować nad dostosowaniem całości, by była w stanie dotrzeć i przekonać do siebie także amerykańskiego widza. Trzymam kciuki, by tak było i jestem ciekaw, jak im uda się przetłumaczyć nieśmiertelne powiedzonko zbója Łamignata, którego używa, ilekroć tylko nadarzy się okazja: LELUM POLELUM.